Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

czwartek, 17 marca 2016

Łańcut, ogrody i dwie kobiety

Dwie kobiety odcisnęły największe piętno na wspaniałych ogrodach magnackiej rezydencji w Łańcucie. Były to – Izabela z Czartoryskich Lubomirska i Elżbieta z Radziwiłłów Potocka.
Pierwsza z nich była wytworną rokokową damą (uchodziła jedną z największych elegantek Rzeczpospolitej w XVIII wieku, co potwierdzają liczne portrety), bajecznie wprost bogatą. Lubomirscy posiadali nie tylko Łańcut, ale również warszawski Wilanów oraz majątki i pałace rozsiane po całej Rzeczpospolitej. O Izabeli Lubomirskiej krążą wieści, że uwielbiała błękitne suknie (zwana była „Błękitną Markizą”), trzewiki na bardzo wysokich obcasach (miała tylko 150 cm wzrostu), obsesyjnie dbała o urodę (kąpiąc się często w łupinach winogron), wysyłała pranie do Paryża (tam podobno były najlepsze praczki). Można to dziś nazywać próżnością, ale w XVIII wieku takie fanaberie w kręgach bogatej arystokracji raczej uchodziły za coś zupełnie normalnego i niewinnego. W końcu Jaśnie Wielmożnych Państwa było na to stać… Zresztą, może i Izabela była trochę próżna, ale z drugiej strony była też niezwykle błyskotliwa, wszechstronnie wykształcona, oczytana, miała też znakomity gust i artystyczne wyczucie.
Księżna Izabela z Czartoryskich Lubomirska na portrecie Marcello Bacciarellego, znajdującym się w zbiorach Wilanowa (zdjęcie z wikipedii)

Zarzuca się jej często typowy dla elit tamtych czasów kosmopolityzm (czyt. brak patriotyzmu). Jednak obejmując po śmierci swojego ojca w posiadanie rezydencję w Wilanowie Izabela Lubomirska nie zdecydowała się przebudować jej zgodnie z duchem nowej klasycystycznej mody, choć przecież mogła, lecz zostawiła Pałac Wilanowski w takim kształcie, w jakim zbudował go Jan III Sobieski. Zrobiła to przez szacunek dla pamięci polskiego króla. Zdecydowała się jedynie na dobudowanie kilku klasycystycznych pawilonów i przeprojektowanie parku. Może więc nie była tak zupełnie pozbawiona uczuć patriotycznych…
Jeśli jednak chodzi o Łańcut, to tu Izabela Lubomirska po prostu zaszalała i pozmieniała wszystko co tylko się dało. Lubomirscy po pierwszym rozbiorze Polski, kiedy to wybrali poddaństwo monarchii Habsburskiej, postanowili uczynić z Łańcuta swoją główną rodową siedzibę. W tym celu zaczęli przebudowywać tutejszy warowny zamek w modny magnacki pałac zgodnie z modą epoki. Sprowadzali z Europy najlepszych architektów, artystów i dekoratorów, aby dostosować pałacowe zabudowania do swoich wyrafinowanych upodobań estetycznych. W trakcie prac nad przebudową Łańcuta mąż Izabeli Lubomirskiej Stanisław zmarł i dalej księżna już sama dowodziła wszystkimi pracami remontowymi. I nie żałowała na to pieniędzy. Bardzo istotnym uzupełnieniem pałacu w Łańcucie podczas tej przebudowy były też otaczające go ogrody, które powstały pod kierunkiem księżny marszałkowej w miejscu dawnych wałów fortyfikacyjnych, które otaczały istniejący tu przedtem zamek. Utworzono w ich miejscu romantyczny park w stylu angielskim z promenadami wysadzanymi drzewami i krzewami. W parku wzniesiono liczne budowle ogrodowe: oranżerię, gloriettę, zameczek romantyczny. Księżna doskonale znała się na botanice i potrafiła wybrać do swojego ogrodu najpiękniejsze rośliny, które zjeżdżały tu z najlepszych szkółek z całej Europy (z Krakowa, Wiednia, Grazu, Berlina). Prawdopodobnie to właśnie ona poleciła tu zasadzić najstarszy rosnący do dziś w Polsce okaz miłorzębu dwuklapowego (dorodne drzewo można podziwiać w parku). Szczególnym staraniem otoczyła Izabela Lubomirska swój niewielki ogródek kwiatowy, obfitujący podobno w najróżniejsze gatunki roślin, niekiedy zupełnie jeszcze nieznane na ziemiach polskich. Przed pałacem stały w donicach – obowiązkowe w takich rezydencjach – dorodne drzewka pomarańczowe, sprowadzone z Włoch.

Księżna Lubomirska lubiła pnącza oplatające mury

Glorietta - jedna z budowli ogrodowych wzniesionych w Łańcucie przez Izabelę Lubomirską

Izabela Lubomirska z pewnością kochała ten ogród i był on dla niej nie mniej ważny niż pałac.  W pałacu zachowała się Galeria Rzeźb z dekoracją, która powstała za czasów księżny marszałkowej. Ściany Galerii pokryte są iluzjonistycznymi freskami, które przedstawiają ogrodowe trejaże, oplecione pnączami. Namalowane są nawet promienie słońca, wpadające przez okna, z których rozciąga się widok na rzeczywisty ogród. To pomieszczenie było jakby łącznikiem spajającym pałac i ogród w jedno.
Z XVIII-wiecznego założenia ogrodowego Izabeli Lubomirskiej całkiem sporo się w Łańcucie do dziś ostało. Są to przede wszystkim budowle – zameczek i glorietta, a także stara aleja lipowa oraz wiele okazów pomnikowych drzew – wspomniany już miłorząb, platan, dęby.
Jeszcze jedna pozostałość po dawnym ogrodzie Izabeli Lubomirskiej - aleje starych drzew wzdłuż fosy

Jednak obecny wygląd ogrodu w Łańcucie został ukształtowany na przełomie XIX i XX wieku. Decyzję o remoncie i przebudowie pałacu oraz dużych zmianach w ogrodzie podjęli wtedy III ordynat łańcucki Roman Potocki oraz jego druga żona Elżbieta z Radziwiłłów. To właśnie hrabinę Elżbietę uważa się za siłę napędową i główną kreatorkę tych zmian. Ta arystokratka, urodzona w Berlinie i spokrewniona z większością najznakomitszych rodów Europy, łącznie z dynastycznymi, była osobą niezwykle wymagającą i dbającą o prestiż. Kiedy pierwszy raz, zaraz po ślubie, odwiedziła Łańcut, była mocno zdegustowana i zawiedziona.  Pałac był zaniedbany, brakowało mu nowoczesnych udogodnień, a park był zarośnięty i zaśmiecony. Szybko przystąpiono więc do działań, mających zmienić ten stan rzeczy. Remont rozpoczął się w 1889 roku.
Elżbieta Matylda z Radziwiłłów Potocka, kolejna wielka kreatorka Łańcuta. (zdjęcie z https://www.zamek-lancut.pl/)

Pałac został przekształcony w bardzo nowoczesną - jak na tamte czasy – rezydencję, zyskując kanalizację i prąd elektryczny (nieopodal zbudowano nawet elektrownię). Odświeżono też i przemodelowano fasadę. Bardzo duże prace były prowadzone w ogrodach i trwały w sumie około 14 lat. Przede wszystkim park prawie dwukrotnie powiększono i zbudowano ogrodzenie. Nowe założenie ogrodowe projektowali specjaliści sprowadzeni z Austrii i Włoch. Powstała wtedy duża palmiarnia z żelaza i szkła, wzorowana na palmiarni w Schonbrunn w Wiedniu (dziś nie istniejąca. Na jej miejscu kolejny ordynat wybudował kort tenisowy). Niedaleko powstała też szklarnia, w której hodowano egzotyczne kwiaty, a zwłaszcza storczyki, używane do dekoracji pomieszczeń pałacowych i stołów. Wtedy też założono w Łańcucie ogród włoski i piękną różankę, a także rabaty bylinowe na wzór angielskich. Do dekoracji ogrodu Roman Potocki zakupił we Włoszech wiele marmurowych posągów, ławki, wazy. Najciekawszy z tego wszystkiego jest orzeł Napoleona z ogrodu Borghese w Rzymie, który ustawiony na wysokiej kolumnie patrzy z góry na ogród włoski.
Ogród włoski, założony pod koniec XIX wieku

Piękne agapanty kwitły akurat w ozdobnych donicach...

Jeden z włoskich marmurów, zakupionych do Łańcuta przez Romana Potockiego

Śliczna różanka z mnóstwem róż (niestety nie można było wejść do środka, by zrobić zbliżenia kwiatów).

Późno-letnia odsłona rabaty bylinowej 

Łańcucki park nazywano przed wojną Elisinem, na cześć jego głównej kreatorki Elżbiety Potockiej.
Szczęśliwym zrządzeniem losu pałac i park łańcucki nie ucierpiały podczas II wojny światowej. Dzięki międzynarodowym koneksjom rodziny Potockich udało się go uchronić przed okupantem. A tuż przed wkroczeniem sowieckiej armii ustanowiono tu muzeum, dzięki czemu uratowano wyposażenie i zbiory sztuki (a właściwie to, co pozostało po wyjeździe ostatniego ordynata, który sporo ze sobą zabrał uciekając z Polski).
Muszę przyznać, że ubiegłoroczna wycieczka do Łańcuta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pałac jest bez wątpienia jednym z najciekawszych zabytków w Polsce, z pięknie zachowanymi wnętrzami i pamiątkami historii dawnych epok. Na każdym kroku czuje się tu obecność jego dawnych, znakomitych mieszkańców i wcale się nie dziwię, że niektórzy dostrzegają tu od czasu do czasu ducha Błękitnej Markizy…
Park i ogrody są pięknie utrzymane i spacer po nich jest wielką przyjemnością. Kilka lat temu reaktywowano storczykarnię, ale już we współczesnej aranżacji. Podobno są tu nawet okazy pochodzące z przedwojennej hodowli Potockich, ale mnie już tego nie udało się zobaczyć, bo zabrakło czasu. Przy okazji następnej wizyty w Łańcucie właśnie do storczykarni mam zamiar skierować swoje pierwsze kroki…
Zakątek z pelargoniami w białych wazach

Sadzawka przed wejściem do kortów tenisowych, które powstały w latach 20-tych XX wieku

Wnętrze starej oranżerii

Skromnie obsadzona wiktoriańska żeliwna waza

Z tej wprost wypływały kaskady kwiatów pelargonii...

Łańcut - jeden z najciekawszych polskich zabytków, również w dziedzinie sztuki ogrodniczej



środa, 9 marca 2016

Ogród Perdana w Kuala Lumpur

Najpiękniejszy ogród storczykowy widziałam w Singapurze (pisałam o nim tutaj). Wyglądał jak scenografia jakiejś bajki – miliony storczyków rosły w gruncie, na pniach drzew, wspinały się po pergolach, opadały kaskadami z ogromnych donic…  Najróżniejsze gatunki i odmiany w niezliczonych kolorach i deseniach… Po prostu, szał!!!
Toteż gdy dowiedziałam się, że w stolicy Malezji Kuala Lumpur też jest ogród storczykowy, od razu było wiadomo, gdzie skierujemy pierwsze kroki. Myślałam sobie, że Kuala Lumpur jako bogate, ambitne i szybko rozwijające się azjatyckie miasto, będzie chciało dorównać Singapurowi również na polu storczykowym, a nie tylko ilością drapaczy chmur, nowoczesnych galerii handlowych  i autostrad. No, i się rozczarowałam… Chociaż, może sama jestem sobie winna, bo zbyt wiele sobie wyobrażałam.
Jeden z okazów w Perdana Botanical Garden

Może zacznę od tego, że Kuala Lumpur jest wielką, nowoczesną metropolią. Wielu turystów zahacza o Kuala Lumpur w swoich azjatyckich podróżach, ponieważ lotnisko w tym mieście jest wielkim przesiadkowym portem lotniczym – jedną z bram do Azji. Można tu spędzić ciekawie kilka dni, jeśli ktoś lubi wielkomiejskie klimaty. Tym bardziej, że miasto jest etniczną mieszanką Malajów, Chińczyków, Hindusów oraz innych nacji. Można tu spróbować różnych kuchni i zanurzyć się w różnych kulturach, obyczajach, zapachach, które tu ze sobą zgodnie sąsiadują i się nawzajem przenikają.
Pod koniec XIX wieku angielscy kolonizatorzy (Malezja była kolonią brytyjską) założyli w środku miasta na sporym wzgórzu ogród z sadzawkami, który nazwano Lake Gardens. Ogród ten służył głównie wypoczynkowi brytyjskich urzędników, którzy w odległej azjatyckiej kolonii pełnili służbę. To właśnie ten ogród stał się zalążkiem dzisiejszego Perdana Botanical Garden, zwanego po malajsku Taman Tasik Perdana. Te trzy nazwy – Lake Gardens, Perdana Botanical Garden i Taman Tasik Perdana funkcjonują tu wymiennie i początkowo trochę wprowadzają w błąd, każąc myśleć, że mamy do czynienia z trzema różnymi ogrodami, gdy tymczasem chodzi o ten sam.
Perdana jest ogrodem - a właściwie parkiem - dość dużym, liczącym sobie 92 ha. W zasadzie jest to kawałek ucywilizowanej tropikalnej dżungli w środku miasta, pośród której porozrzucane są różne atrakcje – ogród storczykowy, ogród botaniczny, ogród helikonii, ogród hibiskusów oraz ptaszarnia, motylarnia,  oraz park danieli. Raczej nie sposób tego wszystkiego obejść w jeden dzień. Ja skupiłam się przede wszystkim na florze, choć trochę żałuję, że nie zajrzałam do motylarni, gdzie podobno można zobaczyć okazy przepięknych tropikalnych motyli. No, trudno…
Zawsze mam ochotę oglądać storczyki...

Przy wejściu do ogrodu storczykowego można było przeczytać na tablicy informacyjnej, że znajduje się tu 800 gatunków orchidei i w sumie 6000 okazów najróżniejszych orchidei. Oczywiście, nie liczyłam tego wszystkiego, ale jestem pewna, że mocno przesadzili z tymi liczbami… Storczyki epifityczne były po prostu poustawiane w małych doniczkach, tworząc różne kompozycje, albo były umocowane na pniach drzew. Storczyki gruntowe rosły na kilku rabatkach, kwitnąc bardzo skromnie. Tylko niektóre okazy były opisane na tabliczkach. Tutejsze storczyki nie rzuciły mnie na kolana (choć przyznaję, że zawsze miło jest popatrzeć na te cudowne kwiaty), ale spacer po ogrodzie orchidei był bardzo przyjemny ze względu na ładne zagospodarowanie tego zakątka. Jest tu kilka fontann, strumyk, szumiąca kaskada, a przede wszystkim piękne widoki na miasto.
Ogród storczykowy w Kuala Lumpur "nie powala" aranżacjami kwiatowymi

Kaskada w ogrodzie storczykowym

Jeden ze storczyków gruntowych

Z tego ogrodu rozciąga się piękny widok na nowoczesne miasto

Kamienna fontanna

Z ogrodem orchidei sąsiaduje ogród hibiskusów. Widać, że ta część ogrodu jest jeszcze młoda, ponieważ większość krzewów hibiskusowych ma nieduże rozmiary, ale odmian jest wiele. Można podziwiać różne kolory i formy kwiatów. Nawiasem mówiąc, w specjalnym plebiscycie, zorganizowanym w 1960 roku, zaraz po ogłoszeniu niepodległości Malezji, hibiskus został wybrany narodowym kwiatem tego kraju. W ogrodzie hibiskusów zaaranżowano bardzo przyjemny zakątek w stylu arabskim z mini-kanałkiem i fontannami. Wokół niego rozciąga się cienista pergola porośnięta gęsto pnączami. Pod pergolą ławeczki zapraszają do odpoczynku. Jest tu też fontanna w kształcie hibiskusa w okropnie kiczowatym stylu – z krzykliwie czerwonych, wielkich kwiatów hibiskusa tryska woda…  Taki rozczulający koszmarek!
Hibiskus w kolorze herbacianym

A tu biało-czerwony...

Niesamowity był ten z pomponem na pręciku

Śliczny zakątek w stylu arabskim w ogrodzie hibiskusowym

Fontanna-koszmarek

Bardzo ciekawy był dla mnie spacer po niezwykle bujnym zakątku z helikonami, choć odnalezienie go okazało się nie lada zagwozdką. Nie byłam w stanie zlokalizować tego ogrodu na mapie, a gdy w parkowej „informacji turystycznej”(nikt nie mówił tam po angielsku) pytałam o „Heliconia Garden”, rozkładano bezradnie ręce. Tymczasem po malajsku helikonia nazywa się „zingiberale” a tutejszy ogród helikoniowy nosi wdzięczną nazwę „Zingiberales Collection”.  I bądź tu człowieku mądry…
Spróbujcie tu znaleźć ogród helikoniowy...

Zgromadzono tu najróżniejsze gatunki tej tropikalnej rośliny o najdziwniejszych kształtach kwiatów. Kwiaty helikonii najczęściej bardzo duże, o fascynujących formach, wyrastają z bujnych kęp podłużnych liści, które są trochę podobne do liści bananowca. Rośliny te zapylane są przez nietoperze albo kolibry, dlatego ich kwiaty są tak duże i krzykliwie kolorowe.

Helikonia 1

Helikonia 2

Helikonia 3

Helikonia 4

Helikonia 5

Helikonia 6

Helikonia 7


A tak wygląda kępa helikonii

I choć na samym początku tutejszy ogród storczykowy mnie trochę rozczarował, to jednak pół-dniową wycieczkę do Perdana Botanical Garden uważam za bardzo udaną. Udało mi się zobaczyć naprawdę wiele imponujących okazów tropikalnej flory, a sam park i poszczególne ogrody tematyczne są ładnie zaaranżowane i wypielęgnowane. Szkoda tylko, że brakuje tu miejsca, gdzie można by zjeść coś konkretnego. Są tylko nieliczne kioski z napojami i słodyczami.
Bambusowy zagajnik

Echmea jako bylina rabatowa....

Starannie strzyżone drzewa, czyli niwaki

Piękny okaz fikusa z napowietrznymi korzeniami

Ciekawa palma o liściach przypominających śmigła helikoptera

Parkowy wodospad

Park Perdana z miastem w tle

Nie wiem, dlaczego przypomniała mi się właśnie bajka o Calineczce...