Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

wtorek, 29 lipca 2014

Żelazowa Wola. Magiczne miejsce na Mazowszu

Co jakiś czas mam ochotę pojechać do Żelazowej Woli. Lubię to miejsce. Emanuje dobrą energią i spokojem. Wybraliśmy się tam w sobotnie, słoneczne i upalne popołudnie. O 15.00 – jak zwykle - był koncert. A potem – długi spacer po pięknie odnowionym parku. Czysta przyjemność!
Parkowy mostek nad rzeką Utratą

Pamiętam Żelazową Wolę jeszcze sprzed rewitalizacji. Też mi się podobało. Park był trochę dziki, a im dalej od dworku Chopina, tym bardziej przypominał nieprzebyte leśne ostępy. Co prawda, podczas koncertów muzyka rozbrzmiewała wtedy z nieco chrypiących głośników, a rzeczka Utrata troszkę cuchnęła, ale Żelazowa Wola zawsze miała w sobie dla mnie jakąś magię. Pewnie tak samo, jak dla tysięcy turystów z całego świata, którzy z prawdziwym nabożeństwem odwiedzali to miejsce, w którym urodził się genialny kompozytor. Bo Żelazowa Wola to właściwie nie tyle jest muzeum, ile raczej miejsce kultu, czy sanktuarium chopinowskie...
Po pierwsze, prawie nie ma tu autentycznych pamiątek po muzyku. Po drugie, dom i jego otoczenie też wyglądają zupełnie inaczej niż ponad 200 lat temu, czyli za życia Chopina. A jednak jest jakaś magia, na którą składają się muzyka, którą każdy zna i świadomość, że to właśnie w tym miejscu kompozytor przyszedł na świat.
Ganek z kolumnami dobudowano do oficyny w latach 30-tych XX wieku

Rzeźba głowy Chopina przed dworkiem


Fryderyk Chopin urodził się w majątku hrabiostwa Skarbków, gdzie jego ojciec – rodowity Francuz – był guwernerem (tak, polscy ziemianie mieli wtedy francuskich guwernerów i guwernantki). Mama Fryderyka była ubogą krewną Skarbków. W Żelazowej Woli rodzice Fryderyka Chopina się poznali, pokochali i postanowili się pobrać. Hrabia Skarbek przydzielił młodej rodzinie oficynę przy dworze do zamieszkania. I właśnie tam urodził się mały Frycek w 1810 roku oraz wcześniej jego rodzeństwo. Oficyna ta była prostym budynkiem gospodarczym, z pokojami dla służby, a nie żadnym dworkiem z kolumnami, jakim jest teraz.
Prostokątny staw przed domem Chopina zaprojektowany został przez prof. Krzywdę-Polkowskiego

Dlaczego nie zachowały się żadne pamiątki po Fryderyku w Żelazowej Woli? Otóż, hrabia Skarbek popadł w poważne kłopoty finansowe, i to do tego stopnia, że musiał uciekać przed wierzycielami za granicę. Wobec tego rodzina Chopinów musiała poszukać sobie innego chlebodawcy. Ojciec Frycka znalazł sobie pracę w Warszawie i jesienią 1810 roku (mały Chopin miał wtedy tylko 7 miesięcy) rodzina spakowała się i wyjechała z Żelazowej Woli do Warszawy. Parę lat później dwór Skarbków spłonął (był drewniany). Oficyny, co prawda się uchowały z pożaru, ale ulegały coraz większej degradacji, ponieważ dworu nigdy nie odbudowano, a majątek rozparcelowano i sprzedano. Zachowane budynki przechodziły z rąk do rąk. Oficyna, w której urodził się Fryderyk Chopin służyła różnym celom, między innymi była w niej swojego czasu spiżarnia do przechowywania jabłek na zimę i kwaszenia mleka, a nawet obora...
Fakt, że właśnie tutaj przyszedł na świat wielki kompozytor odkryto już pod koniec XIX wieku. Mużyka Chopina była już wtedy dobrze znana i miała swoich gorących wielbicieli, którym udało się zebrać pieniądze i w 1894 roku wystawić pomnik poświęcony pamięci kompozytora w Żelazowej Woli. Były też czynione starania, by wykupić z rąk prywatnych oficynę, która była mieszkaniem Chopinów, ale to się początkowo nie udawało. Wykup nastąpił dopiero za czasów I Rzeczpospolitej w 1928 roku.
Pierwszy pomnik Chopina

Pomnik z lat 60-tych XX wieku


Od początku Muzeum Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli tworzono w bardzo nowatorski sposób. Bardziej chodziło o wystawienie pomnika wielkiemu kompozytorowi i podkreślenie jego związków z Polską i polską tradycją niż wierne odwzorowanie warunków, w których przyszło żyć jego rodzinie i w jakich on sam się urodził. Oficynę przerobiono więc zręcznie na coś w rodzaju polskiego dworku szlacheckiego, dodając ganek z kolumnami i przebudowując wnętrza (choć to nieprawda, że Chopin urodził się i mieszkał w dworku szlacheckim). Zapadła też decyzja, aby wokół domu Chopina powstał park, ale wcale nie park imitujący historyczne ogrody romantyczne z epoki, lecz park-pomnik w stylu bardzo nowoczesnym jak na lata 30. XX wieku. Projekt tego parku przygotował i nadzorował jego realizację najwybitniejszy architekt ogrodów okresu międzywojennego – prof. Franciszek Krzywda-Polkowski.  Zasadzono tu wtedy kilka tysięcy roślin, które pochodziły przede wszystkim z darów od szkółkarzy polskich i zagranicznych. Prof. Polkowski zaprojektował też szereg budowli w parku – murki, pergole, altanki, a nawet niewielki amfiteatr, który miał służyć koncertom fortepianowym pod gołym niebem. Te wszystkie obiekty zaprojektowane były w sposób bardzo nowoczesny jak na tamte czasy i wykonane z dość nietypowych materiałów – kamieni polnych, ręcznie robionych cegieł, ale też z betonowych bloczków i nieprzetworzonego, ledwie ociosanego drewna. Wybuch II wojny światowej nie pozwolił prof. Polkowskiemu dokończyć dzieła tworzenia muzeum-pomnika Fryderyka Chopina. A w czasie wojny wszystko zostało zdewastowane...
Po wojnie udało się przywrócić temu miejscu urok i Żelazowa Wola stała się nomen omen żelaznym punktem zagranicznych wycieczek po Polsce. Nawet za czasów najsroższej komunistycznej izolacji można tu było spotkać Amerykanów, Japończyków, Francuzów i inne nacje, których przedstawiciele przyjeżdżali złożyć hołd wielkiemu kompozytorowi o polskich korzeniach. Kolejne komunistyczne dziesięciolecia sprawiły jednak, że park i cała infrastruktura Muzeum bardzo podupadły.
Kamień upamiętniający twórcę parku w Żelazowej Woli, prof. Franciszka Krzywdę-Polkowskiego

Jeden ze starych dębów, które pamiętają czasy zakładania parku


W 2010 roku obchodziliśmy 200. rocznicę urodzin Fryderyka Chopina i z tej okazji Żelazowa Wola przeszła gruntowną metamorfozę. Koncepcja była taka, żeby z zapyziałej dziury, do której zjeżdża się jednakowoż cały świat, uczynić miejsce prestiżowe dla polskiej kultury, wizytówkę Polski XXI wieku. Pracownia projektowa arch. Bolesława Stelmacha, która wygrała konkurs na rozbudowę muzeum i rewitalizację parku podeszła do zadania podobnie jak prof. Polkowski, który je tworzył w okresie międzywojennym. Projekt zakładał rozbudowę muzeum w stylu ultra-nowoczesnym, tak aby stworzyć przestrzeń przystosowaną do obsługi turystyki kulturalnej na najwyższym światowym poziomie. Nie chodziło o tworzenie jakiejś imitacji epoki, lecz o stworzenie pomnika światowej sławy kompozytorowi. To samo dotyczyło ogrodu, choć w ogrodzie zachowano mniej więcej układ przestrzenny, jaki powstał w latach 30. XX wieku. Wykarczowano jednak dzikie chaszcze, uregulowano rzeczkę Utratę i przerzucono nad nią dwa malownicze mostki, ułożono nowe nawierzchnie ścieżek (są pięknie zaprojektowane z naturalnych płyt kamiennych i otoczaków), założono oświetlenie, ustawiono dziesiątki drewnianych ławek, kosze na śmieci... W  niektórych miejscach ogrodu ustawione są głośniki, z których delikatnie sączy się muzyka Chopina. Wszystko na najwyższym poziomie...
Nowoczesna architektura pojawiła się w Żelazowej Woli na jubileusz 200 lecia urodzin Chopina. Czyż elewacja nie kojarzy się z klawiaturą fortepianu...?

Ciekawe nawierzchnie ścieżek z naturalnych kamieni

Jedna z nowoczesnych altanek na pnącza

Staw ze srebrną, pływającą kulą, w której odbija się krajobraz

Nowoczesny drewniany most nad rzeką Utratą

Przy ścieżkach posadzono wielkie, jednogatunkowe grupy bylin ozdobnych

Bardzo mi się podobają nowoczesne nasadzenia roślinne w parku, które polegają na tworzeniu wielkich jednogatunkowych grup, które widać z daleka. Zadbano też przy okazji, aby spacer po parku oddziaływał na zmysł węchu. Powojniki i floksy posadzone w wielkich kępach pachniały w upalne popołudnie wręcz upajająco. Dla zapachu posadzono też gdzie niegdzie białe pachnące lilie, ale już pojedynczo, ze względu na ich bardzo intensywny, duszący aromat.
Gdzieniegdzie posadzono lilie dla zapachu 

... oraz pachnący gatunek powojników

Pachnące powojniki i muzyka Chopina. Czysta przyjemność!


Moim skromnym zdaniem, jest to w tej chwili jedno z najciekawszych miejsc na Mazowszu, gdzie można mile spędzić czas na wolnym powietrzu, wśród zieleni i kwiatów, wsłuchując się przy okazji w genialną muzykę Chopina...

Dla tych, co jeszcze nie wiedzą:
Żelazowa Wola znajduje się na trasie Warszawa – Sochaczew (jakieś 45 km od Warszawy). Wstęp do muzeum i parku kosztuje 23 zł, do samego parku – 7 zł. Są też bilety ulgowe, grupowe i rodzinne.
Po prostu, łan dorodnych host

Kwitnąca hortensja dębolistna. Rzadki widok...

Czas hortensji

Piękna półcienista rabata

Czyż nie jest przyjemnością spacer taką ścieżką...?

Można się też zachwycić pojedynczymi okazami kwiatów

Żelazowa Wola w pogodne sobotnie popołudnie. Gorąco polecam!









wtorek, 22 lipca 2014

Ogród na Placu Grzybowskim. Najładniejszy skwer w Warszawie

Pochodzę z tego pokolenia Warszawiaków, którzy pamiętają postój dla taksówek bagażowych na Placu Grzybowskim. Kiedy kupowało się meble w pobliskim Domu Meblowym „Emilia”, to właśnie tutaj przychodziło się umówić transport mebli do domu. Plac Grzybowski był jednym z takich miejsc stolicy, gdzie nikt nigdy nie zatrzymywał się na dłużej. Ludzie przechodzili tędy byle prędzej... A przecież zawsze był to jeden z centralnych placów miasta, i to całkiem interesujący. Z jednej strony góruje nad nim barokowa sylwetka kościoła Wszystkich Świętych, z drugiej strony znajduje się Teatr Żydowski, a za nim synagoga Nożyków. W ostatnich latach wokół placu powstało wiele nowoczesnych biurowców i apartamentowców (niektóre nawet całkiem udane). Ale pośrodku straszyła dziura, czyli po prostu zatłoczony parking dla samochodów.
W tle ikona Warszawy - Pałac Kultury i Nauki
Tak było do wiosny 2007 roku, kiedy Placem Grzybowskim zainteresowała się artystka Joanna Rajkowska, autorka wielu tzw. projektów społecznych. Wcześniej na Placu De Gaulle’a umieściła ona surrealistyczną plastikową palmę, którą mieszkańcy Warszawy tak polubili, że stoi sobie tam do dziś i już nikt nie wyobraża sobie tego placu bez niej. Joanna Rajkowska wpadła na pomysł, by umieścić na Placu Grzybowskim jedną ze swoich instalacji p.t. „Dotleniacz”. Było to okrągłe oczko wodne z fontanną, która rozpryskiwała wodną mgiełkę. Wokół posadzone zostały kwiaty i ustawione ławki. I nagle szare, wybrukowane kostką klepisko zamieniło się w niewielki zieleniec. Ale już nawet to wystarczyło, żeby zaczęli tu przychodzić ludzie, by po prostu posiedzieć, miło spędzić czas, popatrzeć na kwiatki i zieleń, ochłodzić się w upalne dni lata, porozmawiać, pobyć z innymi ludźmi... Artystyczna instalacja trwała tylko jeden sezon. Potem „dotleniacz” rozebrano. I wtedy okazało się, że Warszawiakom go brakuje... Zaczęły się protesty przywiązanych do „dotleniacza” mieszkańców oraz dyskusje w lokalnych mediach na jego temat. Były nawet plany, by przywrócić „dotleniacz” Joanny Rajkowskiej w następnym sezonie.
Czy jest drugie takie miejsce w samym środku Warszawy, gdzie ma się wrażenie przebywania pośród "dzikiej przyrody"...? (fot. M. Szymański)
W końcu jednak miasto rozpisało konkurs na profesjonalnie zaprojektowany „zielony” skwer na Placu Grzybowskim. Wygrała go pracownia architektury zieleni Pleneria. Projekt zrealizowany został w 2010 roku.
No, i jak to zwykle w naszym kraju bywa znowu rozgorzały emocje. Artystka wydała oświadczenie, że nie ma nic wspólnego z nowym projektem i protestuje przeciwko nazywaniu go „dotleniaczem”. Rozległy się też gromkie głosy krytyków, że na skwerze za dużo kamieni i za mało zieleni, i że miasto wydało na skwer za dużo pieniędzy. Po prostu, nasza swojska, polska klasyka! Uderz w stół, a nożyce się odezwą...
Jest to miejsce spotkań i spacerów mieszkańców centrum stolicy. (fot. M. Szymański)
Na szczęście, skwer na Placu Grzybowskim jest faktem i zdaje się, że mieszkańcy (a także przyjezdni) go bardzo polubili. Sporo ludzi tu przychodzi, by posiedzieć na jednej z nowoczesnych ławeczek, które można przesuwać, ponieważ umieszczone są na szynach (przynajmniej niektóre). Moim zdaniem, jest to jeden z najładniejszych zieleńców Warszawy. Siedząc na ławce w pobliżu stawu mamy  wrażenie, że otacza nas dzika łąka pełna kwiatów (to dzięki temu, że staw umieszczony jest w zagłębieniu a zieleń posadzona amfiteatralnie). Dopiero, gdy wstaniemy z ławki, dostrzegamy wokół warszawskie wieżowce.
Pięknym tłem dla zieleni skweru jest fasada kościoła Wszystkich Świętych 
Obsadzenie rabat jest perfekcyjne i zgodne z najnowszymi ogrodowymi trendami. Znalazło się tu dużo traw ozdobnych, ziół i bylin, które sprawiają wrażenie jakby zostały stworzone przez samą naturę, a nie przez człowieka. A to w ogrodnictwie jest sztuka największa!
Zauważyłam też, że posadzono wiele odmian liliowców o niezwykle efektownych kwiatach od strony ulicy. Prawdopodobnie po to, aby zmusić tych, którzy wcześniej tylko przechodzili w pośpiechu przez ten plac, do zachwytu nad pięknem przyrody... I to wszystko działa! Słyszałam nawet cudzoziemców w superlatywach komentujących to niesamowite miejsce.
Uważam, że jest to w tej chwili najładniejszy stołeczny skwer. A może znacie ładniejszy...?


Część zdjęć do tego posta wykonał mój kolega fotograf Marek Szymański, który mieszka w sąsiedztwie i często przychodzi się „dotlenić” na Plac Grzybowski.

Krytycy zarzucali projektowi, że jest tu za dużo kamieni... (fot. M. Szymański)

W upalne dni ta fontanna naprawdę chłodzi (fot. M. Szymański)

Skwer otaczają nowoczesne wieżowce (fot. M. Szymański)


Oprócz bloków granitu projektanci zastosowali też sporo drewna egzotycznego w otoczeniu stawu (fot. M. Szymański)

Bardzo mi się podoba roślinność na rabatach, która przypomina naturalną łąkę (fot. M. Szymański)

Jest tu też bardzo dużo mich ulubionych liliowców (fot. M. Szymański) 


Kępa puszystych trawek nad stawem (fot. M. Szymański)


Kładka prowadzi w kierunku ulicy Próżnej, która też jest pięknie odrestaurowana (fot. M. Szymański)

Zawsze można tu spotkać odpoczywających ludzi. (fot. M. Szymański)

Ławki robią wrażenie nieco ciężkawych, ale za to są bardzo solidne (fot. M. Szymański)

Cudowne liliowce w towarzystwie delikatnych traw (to - zdaje się - jest śmiałek darniowy). (fot. M. Szymański) 

Liliowcowy portret (niestety, nie znam nazwy tej odmiany).

Dzielżany, odętki, mięta i trawy ozdobne...


A tu mniej więcej to samo w innej konfiguracji...

Zauroczył mnie rdest pokrewny na jednej z rabat, ale podobno jest ekspansywny.

A na koniec nad stawem ujrzałam tęczę

czwartek, 10 lipca 2014

Ogród Japoński we Wrocławiu. Kawałek prawdziwej Japonii w Polsce

Większość tzw. ogrodów japońskich w Polsce, czy Europie to są najczęściej „wariacje na temat”. Większości z nas bardzo się podobają takie orientalne aranżacje zieleni, więc próbujemy to naśladować, sadząc klony palmowe, strzygąc bonsaje, ustawiając kamienne latarnie i łukowate mostki. To wszystko ma z grubsza wyglądać jak ogród japoński, ale tan naprawdę tylko go udaje i z prawdziwym japońskim ogrodem niewiele ma wspólnego...
Wyspa z kamienną wieżą


Ale Ogród Japoński we wrocławskim Parku Szczytnickim to całkiem inna historia, ponieważ zaprojektowali go i urządzili mistrzowie sztuki ogrodniczej z Japonii, i to nie byle jacy. Pracami kierował prof. Ikuya Nishikawa z Uniwersytetu Tokijskiego. Przyjechał on do Polski z zespołem swoich asystentów. Aż 2 lata (1995-1997) bardzo starannie urządzano ten niewielki ogród (pomagali oczywiście specjaliści z Polski), zgodnie ze wszystkimi kanonami bardzo starej japońskiej sztuki projektowania ogrodów, gdzie każdy element ma swoją wagę, znaczenie i symbolikę. Powstało piękne miejsce pełne harmonii i spokoju. Niestety, w dwa miesiące po uroczystym otwarciu ogrodu dla publiczności, nadeszła powódź stulecia, która zalała nie tylko bajkowy Ogród Japoński, ale i cały Wrocław z dużą częścią Dolnego Śląska. Ogród przez 3 tygodnie stał pod wodą. Zniszczone zostały świeżo posadzone rośliny, ogrodowe budowle i aranżacje. Właściwie ostały się tylko stare drzewa. Na szczęście, dość szybko udało się podnieść z ruin zniszczony ogród. Duży wkład w jego odbudowę mieli  mieszkańcy zaprzyjaźnionego z Wrocławiem japońskiego miasta Nagoja, którzy urządzili zbiórkę pieniędzy na ten cel i w krótkim czasie zebrali 260 000 zł. Czyż nie był to piękny gest?! W czerwcu 1998 roku ogród został na nowo udostępniony zwiedzającym.
Ogród Japoński we Wrocławiu jest więc autentycznym japońskim ogrodem na polskiej ziemi, a nie jakąś stylizacją w klimacie orientalnym. I to od razu po przekroczeniu bramy tego ogrodu widać i czuć.
Charakterystyczny mostek w kształcie łuku


Czytając o tym ogrodzie w różnych materiałach prawie wszędzie można trafić na informację, że jego inicjatorem i twórcą był śląski arystokrata, hrabia Fritz von Hochberg. Rzeczywiście, to on wpadł na pomysł, by na wystawę światową w 1913 roku, która miała miejsce właśnie we Wrocławiu, urządzić w części Parku Szczytnickiego ogród japoński. Hrabia był wielkim podróżnikiem, zafascynowanym Dalekim Wschodem. Aby zrealizować swój pomysł sprowadził nawet ogrodnika z Japonii. Jednak ta japońska aranżacja ogrodowa hrabiego Fritza na wystawę światową miała charakter tymczasowy. Zaraz po wystawie zdemontowano małą architekturę i wszystkie ogrodowe detale. Pozostał tylko ogólny zarys ogrodu i trochę roślinności. Obecny Ogród Japoński we Wrocławiu ma zatem niewiele wspólnego z koncepcją hrabiego Hochberga. No, może poza tym, że znajduje się w tym samym miejscu i nawiązuje do tradycji....
Kamienna ścieżka prowadząca wgłąb ogrodu


Zastanawiam się, co takiego fascynującego jest w ogrodach japońskich, że prawie każdy Europejczyk jest nimi urzeczony. Myślę, że przede wszystkim jest to odmienność. Ogrody wyrosłe z naszej tradycji są tak odmienne od dalekowschodnich, że to musi robić na nas ogromne wrażenie. Dla nas ogród oznacza bujność zieleni i kwiatów. Im obficiej kwitnie roślina, tym jesteśmy szczęśliwsi. Gromadzimy w ogrodzie mnóstwo gatunków, by jak najobficiej otaczała nas zieleń i kolory kwiatów. Tymczasem dla Japończyka kwiaty i w ogóle rośliny to sprawa drugoplanowa. On stara się urządzić ogród tak, by jak najwierniej odwzorowywał on naturalny krajobraz. Muszą w nim być góry (symbolizują je kamienie), rzeki (strumienie), morze (staw, albo sadzawka). Oczywiście sadzi się też rośliny, ale nie z tą myślą, żeby zachwycały swoimi kwiatami, ale raczej – żeby tworzyły wraz z innymi elementami ogrodu piękne widoki, albo żeby symbolizowały jakieś treści. To sprawia, że dalekowschodnie ogrody wydają nam się finezyjne i powściągliwe. Nie ma w nich przeładowania i wszystko wydaje się na swoim miejscu, zupełnie jak w naturze... Ogrodnik japoński jest bardziej artystą niż hodowcą zieleni.
Drewniany mostek z altanką

Pomost do "medytowania" pięknych widoków


Pomimo swojej naturalności i prostoty ogrody japońskie są jednak bardzo pracowicie wystudiowane, podobnie jak nasze europejskie ogrody w okresie renesansu i baroku, kiedy to wszystko sadzono i strzyżono dosłownie pod linijkę. U nas przejawiało się to jednak w geometrycznych i symetrycznych formach. Tymczasem ogrody japońskie są niesymetryczne, bez linii prostych, osi i równo wyznaczonych rzędów. Ale ta asymetria nie jest żadnym przypadkiem lecz rezultatem niezwykle starannego rozmieszczenia wszystkich elementów – kamieni, wody, roślin, budowli. A każdy z tych elementów niesie ze sobą symboliczne znaczenia. 
Przekraczając bramę ogrodu wchodzimy do symbolicznego raju

Misa do obmywania rąk

"Wspinaczkowy" mostek

Staw symbolizuje morze, a kamienie - skaliste wyspy
 

Tak też jest we wrocławskim Ogrodzie Japońskim. Przekraczając dużą drewnianą bramę, która jest wejściem do ogrodu, wchodzimy do symbolicznego raju. Tuż za bramą znajduje się kamienna misa, w której obmywa się ręce, co symbolizuje uwolnienie się od smutku i zmartwień, by wejść do ogrodu czystym i wolnym od trosk. Drewniany mostek, wygięty w duży łuk, symbolizuje z kolei trudną i wymagającą drogę do raju (rzeczywiście trzeba się wspiąć mocno pod górkę). Dwie ogrodowe kaskady – jedna spokojna i łagodna, a druga gwałtowna i hucząca – symbolizują pierwiastek żeński i męski. Wody z obu kaskad łączą się w ogrodowym stawie, który symbolizuje morze.
Męska kaskada - huczy i grzmi

Żeńska kaskada - łagodnie szemrze

Chodzenie po ogrodzie i podziwianie przyrody to medytacja

Ten widok powala!


To oczywiście tylko niektóre z symboli w Japońskim Ogrodzie, który jest prawdziwą perełką pięknego Wrocławia. Podobno uwielbiają się tu fotografować nowożeńcy. Wielką atrakcją są też pokazy rytualnego parzenia herbaty w ogrodzie, ale ja nie miałam szczęścia trafić na to wydarzenie.
Pawilon herbaciarni

Kompozycja skał i drzew bonsai


Ogród położony jest w Parku Szczytnickim w pobliżu Hali Stulecia (w pobliżu jest przystanek tramwajowy). Otwarty od 1 kwietnia do 30 października, w godzinach od 9.00 do 19.00.
Bilet wstępu kosztuje 4 zł. 
Latarenka - nieodzowny element japońskiego ogrodu

Ciekawie przystrzyżone bukszpany

Piękny okaz klonu palmowego. Chciałabym taki mieć w moim ogródku...

Gałązka miłorzębu

Delikatne listeczki klonu palmowego

Kwiatów było niewiele, ale znalazły się piękne liliowce

Jeszcze jedna latarenka w otoczeniu klonów palmowych

A to ciekawy klon Shirasawy o złocistych listkach

A to chyba metasekwoja....?



 
Bardzo stylowa brama wyjściowa